Rozdział 6
BELLA POV
-Skoro mam ryj to po co mnie całowałeś?
Justin zamknął się. Nie wiedział co powiedzieć. Jedynymi słowami, które wypowiedział podczas jazdy, to adres mojego zamieszkania. Podjechał pod mój dom. Już miałam wysiadać, gdy poczułam, jak złapał mnie za nadgarstek.
-Podasz mi swój numer?
-A po cholerę ci mój numer?
-Potrzebny.
-Nie. Nie podam ci.-Wystawiłam mu język, gdy zorientowałam się, że zostawiłam torebkę na siedzeniu. Odwróciłam się po nią i zobaczyłam, jak grzebał w mojej torebce w poszukiwaniu komórki. Wyciągnął ją, a ja rzuciłam się do ataku. Próbowałam ją wyrwać, ale on przytrzymał mnie i spisał sobie mój numer.
-Czego ty ode mnie chcesz? Wystarczająco się z tobą namęczyłam.
-Do zobaczenia shawty.-Justin puścił oko w moim kierunku.
Uśmiechnęłam się lekko i ruszyłam w stronę drzwi. Nagle dostałam SMS od Klary-sąsiadki Debby. Brzmiał on tak: "Debby się pocięła. Przyjedź szybko! Zadzwoniłam już po karetkę. Ma słaby puls". Nogi się pode mną ugięły. Myślałam, że zemdleję. Zaczęłam się chwiać. Prawie upadłam na ziemię, gdy ktoś złapał mnie.
-Co się stało? Wszystko w porządku?-Zobaczyłam przed sobą chłopaka, który towarzyszył Justinowi w barze.
Łzy napłynęły mi do oczu.
-Pomożesz mi? Moja przyjaciółka może umrzeć i potrzebuje mojej pomocy.
-Gdzie mieszka? Zawiozę cię.
-Dziękuję.-Wsiadłam do jego auta i odjechaliśmy z piskiem opon.
-Jak się tu znalazłeś?
-Mieszkam niedaleko. Jechałem do kumpla. Widziałem cię wtedy w barze.
-To prawda.
-Jestem Chris.
-Bella...twój kumpel ma na imię Justin prawda?
-Tak...skąd to wiesz?
-Miałam już z nim konfrontację...
-I jak?
-Nieciekawie...
-On po prostu taki jest. Traktuje dziewczyny jak zabawki.
Dojechaliśmy pod dom Debby. Natychmiast wybiegłam z auta. Gdy weszłam do domu, ona tam leżała...z jej ręki kapała krew. Usłyszałam dźwięk nadjeżdżającej karetki.
Sanitariusze wbiegli do domu, wzięli Debbs na nosze.
-Mogę z wami jechać?
-Jest pani kimś z rodziny?
-Jestem jej przyjaciółką.
Przykro mi, ale nie.
-A chociaż adres?
-Brian Street 45
-Dziękuję.
Wróciłam do Chrisa. Co dziwne, jest całkiem inny niż Justin. Bardziej hmm kulturalny? Miły?
-I co z twoją przyjaciółką?
-Wzięli ją do szpitala.
-Chcesz do niej jechać?
-Dam radę. Jedź do Justina.
-Justin zaczeka, wsiadaj. Jaka to ulica?
-Brian Street 45.
-Ok.
Przez całą drogę, Chris starał się nie poruszać tematu Debby. Nie chciał mnie dołować. Starał się zrobić wszystko, by poprawić mi humor. W szpitalu lekarz powiedział, że jej stan jest stabilny. Co to kurwa znaczy stabilny?!
Mijały dni, a ona się nie budziła...Chris codziennie ze mną do niej jeździł. Zbliżyliśmy się do siebie. Justin kilka razy do mnie dzwonił, ale nie odebrałam...nie mam ochoty słyszeć jego głosu. Byłam wystarczająco zdenerwowana stanem Debbs. Codziennie płakałam. Codziennie myślałam o tym, że mogę ją stracić. Jedyną najbliższą mi osobę. Przez ostatnie dni na moich rękach pojawiły się blizny. Po żyletce. Cięłam się...to jedyne, co mi pomagało. To jest jak narkotyk. Ciężko się z tego wyleczyć. Tnąc się, myślałam o Justinie...o jego pocałunkach...o słowach, jakimi się do mnie zwracał.
Tego dnia dostałam SMS od Justina: "Czemu nie odbierasz?" Postanowiłam mu w końcu odpisać: "Nie mam ochoty z tobą rozmawiać? Przechodzę ciężki okres w moim życiu i nie mam ochoty na kłótnie z tobą"
Kilka minut potem usłyszałam dzwonek do drzwi. Stał w nich wcześniej wspomniany Justin....
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz